Witam ponownie i z góry przepraszam drogich Czytelników (ktoś to w ogóle czyta?;P) za dłuższą, niezapowiedzianą przerwę, spowodowaną wojażami.
3 lipca, z samego rana, ruszyliśmy (Kamila i ja) do Trójmiasta. Cel? Heineken OpenEr Festival, odbywający się na lotnisku Babie Doły w Gdyni. O 7:30 weszliśmy, a raczej wtłoczyliśmy się do pociągu o nazwie 'Słoneczny' relacji Warszawa Zachodnia - Gdynia Główna. Oczywiście nie tylko nas skusiła niska cena (18 PLN w jedną stronę), w związku z tym postanowiliśmy wsiąść na Dworcu Zachodnim. Decyzja ta okazała się jak najbardziej trafioną - gdybyśmy wsiedli na Dworcu Centralnym, o miejscach siedzących moglibyśmy zapomnieć.
Siedmiogodzinna podróż upłynęła spokojnie. Do okolic Nasielska towarzyszyli nam szanowni panowie menele (zastanawialiśmy się z Kamilą czy nie jadą oni na OpenEra, ale zgodnie stwierdziliśmy, że chyba tylko nazwa 'Heineken' nie była im obca, jednak ten trunek jest dla nich zdecydowanie zbyt szlachetny), posługujący się nieskalaną gwarą warsiawską ('Czesiu, co Ty? Na jedne butelkie torebkie bedziesz brał?'). W Gdańsku Głównym wysiadłem i udałem się do mojego hostelu. A był nim... zacumowany na Motławie statek. Ponieważ obudziłem się z ręką w nocniku i bilet na Openera kupiłem na dwa tygodnie przed festiwalem, znalezienie wolnych miejsc noclegowych w Trójmieście było rzeczą praktycznie niemożliwą. Dlatego też zarezerwowałem łóżko w hostelu 'Pepperland'.
W trzyosobowym pokoju mieszkałem z Kasią - Polką z Kanady i jakimś anglojęzycznym jegomościem mniej więcej w moim wieku. Oni również przyjechali na festiwal.
Około godz. 19 ruszyłem SKM-ką do Gdyni, a stamtąd bezpłatnym autobusem na lotnisko Babie Doły. W międzyczasie poznałem kilku młodych Hiszpanów, a właściwie Basków. Asier i Gorka przyjechali ze swoimi dziewczynami, Polkami z Gdyni. 'Na jakim koncercie najbardziej Wam zależy?', spytałem. 'Oczywiście Prodigy!', odpowiedzieli obaj. Po dotarciu na teren festiwalu rozpoczęliśmy integrację przy walnej pomocy złocistego trunku, a następnie pospieszyliśmy na koncert Duffy, który właśnie się zaczynał.
Przyznaję, że nie należę do wielbicielek talentu blond - piosenkarki z Wysp Brytyjskich. Ale jej koncert był naprawdę udany, a publiczność bawiła się znakomicie.
O północy nadszedł czas na gwiazdę wieczoru - Moby'ego! Richard Melville Hall, bo tak naprawdę się nazywa, dał czadu. Zanim zagrał 'Lift Me Up' z płyty 'Hotel', zaapelował do publiczności 'I want everyone to jump!' Wszyscy spełnili jego życzenie.
Po koncercie Moby'ego postanowiłem jescze trochę zostać na terenie festiwalu. Gdy stałem w kolejce po kupony, ktoś klepnął mnie w ramię. Kowal! Szczerze zdziwiłem się, widząc mojego kolegę, z którym często oglądamy mecze Barçy. Razem ruszyliśmy do czerwonego namiotu, w którym trwała impreza w rytmach house.
Okazało się, że Kowal nie był jedynym moim znajomym, którego spotkałem ma Openerze. Kiedy o trzeciej nad ranem wsiadałem do autobusu, którym miałem dostać się na dworzec SKM, usłyszałem za moimi plecami 'Cześć Misiek!'. Był to Jasio - również kibic Barçy, którego nie widziałem od paru lat. Od niego dowiedziałem się o planowanym spotkaniu trójmiejskich cules, które miało odbyć się w sobotę.
Do Gdańska dotarłem około godziny czwartej. Następnego dnia wstałem o 11 i pojechałem do Gdyni, aby spotkać się z trójmiejskimi kibicami Barcelony. Przyjechałem z niemal 40 - minutowym opóźnieniem i musiałem dogonić grupę cules. Ned, suntos, Boraś, mroo, miki, minek i Jasio czekali pod Sea Towers w porcie, w którym stały już żaglowce uczestniczące w regatach Tall Ship Races. Na scenie grała kapela, wykonująca znane i lubianem (przynajmniej przez niektórych) szlagiery. Niestety, byliśmy jeszcze zbyt trzeźwi, aby wytrzymać niemiłosierne rzępolenie zespołu i po dwóch piwach mieliśmy serdecznie dosyć przebojów 'Azurro', 'Baw się razem z nami', 'Viva Espana', itp. I tak wszystko przebijało 'Ja jestem Corleone/Na palcu mam pierścionek', wykonywane na melodię 'Lasciatemi cantare'. Biedny Marlon Brando przewraca się w grobie...
Konsumpcję piwa i dyskusje o naszym ukochanym klubie (i nie tylko) kontynuowaliśmy już w innym miejscu. I tak do 19, kiedy to stanęliśmy w ogromnej kolejce do autobusu. Całe szczęście szybko się rozładowywała. Do koncertu Faith No More zdążyliśmy jeszcze wypić kilka piwek. Sam koncert wspaniały - atmosfery nie zepsuł nawet padający deszcz. Całe szczęście miałem ze sobą olbrzymi ręcznik plażowy z herbem Barçy. Okryłem nim siebie i stojącą obok dziewczynę, która stwierdziła, że należy mi się order społecznika ;))
Niedzielę postanowiłem spędzić w Sopocie. Gdy już siedziałem w SKMce, umówiłem się SMSowo z dziewczynami na plaży. Tam mogłem podziwiać wszystkie żaglowce wypływające z portu w Gdyni. Największe oczywiście rosyjskie - u nich wszystko musi być 'balszoj'. Nawet bliźniacza jednostka 'Daru Młodzieży' - 'Mir', sprawia wrażenie, jakby od swojego 'bliźniaka' była... większa.
Po obiedzie (flądra z frytkami - mniam ;)) udaliśmy się do mieszkania Pawła, u którego dziewczyny nocowały. Po jakichś dwu godzinach (tyle czasu zajęła im kąpiel i makijaż) pomaszerowaliśmy na stację SKM Sopot Wyścigi, jakimś cudem wepchnęliśmy się do pociągu, dojechaliśmy do Gdyni, a stamtąd na Babie Doły. Trwał właśnie koncert Lily Allen - Brytyjka zaprezentowała się nam w czarnej sukience i różowej peruce. Całe szczęście zdążyłem na piosenkę 'Fear' - jeden z niewielu kawałków Lily, który znam i nawet lubię.
Zdecydowanie bardziej zależało mi na Santigold. Artystka wystąpiła na World Stage i miała wspaniały kontakt z publicznością. Niestety natychmiast po jej koncercie nasza grupa z bliżej niewyjaśnionych przyczyn rozpadła się. Wszyscy znikli mi z pola widzenia, a co gorsza, padł mi telefon, więc jakikolwiek kontakt z grupą był niemożliwy. Zresztą nawet gdy miałem włączoną komórkę było to prawie niemożliwe, ponieważ sieć była nonstop zajęta.
Koncert Kings of Leon był największym rozczarowaniem festiwalu. Muzycy grali tak słabo, że ich występ wykorzystałem na udanie się do namiotu Gazety Wyborczej i (darmowe) skorzystanie z internetu, a następnie postanowiłem pospacerować po terenie festiwalu. A był on naprawdę olbrzymi... rok temu byłem na Coke Live Music Festival w Krakowie i tamta impreza została zorganizowana na znacznie mniejszej powierzchni.
Nie należę do miłośników Placebo, ale ich koncert był znakomity. Wykonanie 'Every Me, Every You' pod względem muzycznym powaliło mnie na kolana. Jednak to był dopiero przedsmak tego co mnie czekało. Prodigy, jak na ostatnią gwiazdę festiwalu przystało, byli absolutnie najlepsi. Podobnie, jak rok temu na CLMF w Krakowie. Publiczność zwariowała. Wszyscy szaleli. Do tego stopnia, że, obawiając się o własne życie i zdrowie wycofałem się ze sceny i stanąłem w dalszych rzędach.
Nie dotrwałem do końca koncertu - byłem zbyt zmęczony. Po trzech dniach niesamowitych wrażeń, ostrej zabawy i kilku godzin snu, mój organizm powoli odmawiał posłuszeństwa. A w perspektywie czekały na mnie warsztaty w Jarosławcu. Chwilę po trzeciej postanowiłem wrócić do Gdańska. Dworzec Główny w Gdyni przypominał ul. Przed kasami ustawiły się olbrzymie kolejki. W poczekalni mnóstwo młodych ludzi czekało na powrotne pociągi. Niektórzy spali na dworcowych ławkach, ba, nawet na podłodze! Na dworcu SKM w Gdyni byłem o czwartej, kiedy już świtało. Wejście do pierwszego pociągu było niemożliwe - zapełnił się on w kilka sekund po otwarciu drzwi. Musiałem poczekać jeszcze 15 minut na następny. Zmęczony, ale szczęśliwy patrzyłem na otaczających mnie ludzi, na jaśniejące niebo, na świecące w oddali reflektory lokomotyw pociągów dalekobieżnych... myślałem sobie, że dla takich chwil, dla tak świetnej zabawy, dla możliwości zobaczenia na żywo występów tak świetnych muzyków jak Prodigy dla takich imprez, gdzie mnóstwo ludzi bawi się razem i nie widać ani odrobiny agresji, po prostu warto żyć. 20 lat temu młodzież bawiła się w Jarocinie - dziś przyszedł czas na Gdynię.
Gdy dotarłem do hostelu przez piękną gdańską starówkę, było już zupełnie jasno. Panowała niesamowita cisza, przerywana tylko chrapaniem śpiących gdańszczan.
Następnego dnia byłem już w drodze do Jarosławca. Ale to już opowiem w następnej notce...
wtorek, 21 lipca 2009
piątek, 26 czerwca 2009
Michael Jackson (1958 - 2009)
.jpg)
Nie mam słów... Król muzyki pop i r'n'b, niesamowity tancerz i choreograf, symbol epoki lat 80., prawdziwa legenda naszych czasów, nie żyje. Można było się tego spodziewać, ponieważ od kilku lat wyglądał fatalnie, ale jego śmierć dla wielu była prawdziwym szokiem.
Jeszcze wczoraj myślałem głównie o Farrah Fawcett, gwieździe serialu 'Aniołki Charliego', która zmarła na raka w wieku 62 lat. Pierwszy post o śmierci Michaela przeczytałem na forum Barçy przed godziną 24. Uznałem go za głupi dowcip, więc uczyłem się dalej, ale po paru minutach coś mnie tknęło i zacząłem sprawdzać portale informacyjne. Onet, Wirtualna Polska, Gazeta.pl - masa sprzecznych informacji na temat stanu zdrowia króla popu. Żyje, ale jest w ciężkim stanie... Nie żyje... Dopiero około godziny 1 media zaczęły potwierdzać tę smutną nowinę.
Nie będę ukrywał, że nie należałem do wielkich fanów twórczości Michaela Jacksona, jednak doceniam go, bo artystą był wybitnym. Tworzył wielką muzykę, która była symbolem lat 80., poza nielicznymi wyjątkami bardzo złymi dla muzyki. Stworzył historię. Jednocześnie był bardzo nieszczęśliwym człowiekiem. Znakomicie rozumiem jego oddanych fanów, łącząc się z nimi w bólu. Niestety, na portalach zaroiło się od wirtualnych świeczek, miast, które rzekomo opłakują Michaela. Jak zawsze przy okazji śmierci znanej osoby. Oczywiście irytuje mnie niemożebnie ta internetowa żałoba 14 - letnich dzieci, które chcą budować 'pokolenie MJ', a piosenki Michaela Jacksona znają z mp3 i, jak znam życie, nie kupiły ani jednej jego płyty.
Bo prawda jest taka, że 'Pokolenie MJ' mogą co najwyżej tworzyć osoby urodzone w latach 80 i wczesnych 90., które wychowały się na jego muzyce. Pamiętam, jak w wieku lat 5, mama po raz pierwszy puściła mi na gramofonie 'Thrillera' (płyta była przemycona z Holandii). Do dziś mamy w domu także wydany na winylu singiel 'Say, Say, Say', nagrany z Paulem McCartneyem. Współpraca z eks - Beatlesem niestety zakończyła się w dużej mierze z winy Michaela Jacksona, nad czym ubolewam, bo oprócz wymienionego wyżej 'Say, Say, Say' stworzyli jeszcze świetną piosenkę 'The Girl Is Mine' i mogli stworzyć wiele więcej. Potem nadszedł 'Bad' i 'Dangerous'. Szczególnie utkwił mi w pamięci teledysk do 'Black Or White', w którym pojawili się także John Goodman i Macaulay Culkin (ci, co nie pamiętają, odtwórca tytułowej roli w filmach 'Kevin sam w domu' i 'Kevin sam w Nowym Jorku'). Do dziś pamiętam też film muzyczny 'Moonwalk', w którym, oprócz Michaela, zagrali także zdobywca Oscara Joe Pesci oraz syn Johna Lennona i Yoko Ono, Sean.
Do wczesnych lat podstawówki byłem jego wielbicielem. Później trochę to osłabło na rzecz Queen. Pamiętam zresztą, że kiedy odkrywałem ten zespół, zmarł Freddie Mercury, a wkrótce potem miał miejsce słynny koncert na Wembley, który w całości obejrzałem dopiero niedawno na DVD.
Zainteresowanie Michaelem powróciło, kiedy zacząłem uczyć się tańczyć. Czyli dwa lata temu. Zacząłem zwracać uwagę na choreografię Billie Jean, Thrillera, czy Smooth Criminal. Zacząłem nawet ściągać kawałki Jackson's Five - zespołu, o którym nie miałem wcześniej większego pojęcia.
Chyba wszyscy zgodzimy się, że wczoraj skończyła się pewna era w historii muzyki i kultury popularnej.
wtorek, 23 czerwca 2009
Copa, Liga, Champions!

FC Barcelona - znana w Polsce jako Duma Katalonii. Więcej, niż klub. Co o nim wiemy?
Założył go Szwajcar, Hans Gamper, w 1899 r. Z czasem stał się jednym z symboli katalońskiej tożsamości. Bo Katalończycy są narodem. I to narodem z piękną, ponad 1000 letnią historią. Ale o tym kiedy indziej.
W 1939 r. skończyła się hiszpańska wojna domowa, a autorytarne rządy objął, dzięki pomocy Hitlera i Mussoliniego, generał Francisco Franco. Zakazano nauki katalońskiego w szkołach, używania tego języka w liturgii, a nawet posługiwania się nim na ulicy. Gazety po katalońsku znikały, książki w tym języku były palone. Setki Katalończyków wysłano do obozu w Mauthausen. Na skutek współpracy Hiszpanii z III Rzeszą w Paryży został aresztowany przez Gestapo prezydent rządu katalońskiego, Lluis Companys. Po krótkim procesie został skazany na śmierć i rozstrzelany.
Stadion Barçy był pewnego rodzaju oazą wolności. Na meczach rozmawiano po katalońsku. Dziś wielu kibiców wywiesza na stadionie flagi Katalonii (zdjęcie). Sam klub jest własnością socios - członków - akcjonariuszy, którzy decydują o wyborze prezesa, o wysokości składek, nawet o takich sprawach, jak to, czy na koszulkach w barwach blaugrana, będą umieszczone reklamy. Barça obecnie nosi na koszulkach logo Unicefu i przeznacza na rzecz tej agendy ONZ część swoich dochodów.
Tylko ten, kto przyjedzie do Barcelony, zrozumie dlaczego jest to 'więcej, niż klub'. Solidarność, tolerancja, jedność - tymi zasadami kieruje się Duma Katalonii. Słowa hymnu brzmią: 'Jesteśmy ludźmi Barçy, nieważne skąd pochodzimy, czy z południa czy z północy, teraz stanowimy jedność, łączy nas jedna flaga'.
Mecze Barcelony zacząłem oglądać 10 lat temu. Czyli w trudnych czasach. Jednak ofensywny styl gry przekonał mnie do tej drużyny. Następnie poznałem piękną historię klubu, zacząłem spotykać innych maniaków Barçy... aż w 2006 r., dokładnie 24 kwietnia, na około trzy tygodnie przed zwycięstwem FCB w rozgrywkach Ligi Mistrzów, wykupiłem karnet socio, członka klubu.
Słynna Barça będzie w tym roku obchodziła 110 urodziny. Jednak powodów do świętowania było w sezonie 2008/09 kilka. Zaczęło się 13 grudnia 2008 r., kiedy to piłkarze prowadzeni przez Josepa Guardioli na Camp Nou pokonali Real Madryt 2-0. Wszystko, na co było stać Królewskich tego wieczoru, to ultradefensywna gra i brutalne faule na młodocianym gwiazdorze Barçy, Leo Messim.
Podobnie jak na Camp Nou faworytem w Gran Derbi jest Barça, tak samo na stadionie Santiago Bernabeu większe szanse na zwycięstwo w bezpośredniej konfrontacji obu klubów jest Real Madryt. 2 maja 2009 r. obie drużyny zmierzyły się w stolicy Hiszpanii. I to Królewscy pierwsi zdobyli gola. W 14. minucie prowadzenie objął bardzo utalentowany napastnik, Gonzalo Higuain, jednak odpowiedź przyszła już 4 minuty później - podanie Leo Messiego, błąd defensywy Realu i Thierry Henry posłał piłkę do siatki obok bezradnego Ikera Casillasa. Ale to nie koniec - w 20 minucie z rzutu wolnego bramkę dla Barcelony strzelił z główki kapitan Dumy Katalonii, Carles Puyol. Po kilku próbach pokonania bramkarza Realu, w 35 minucie Leo Messi zdobywa gola na 3-1, po tym, jak koncertowo skompromitował się defensywny pomocnik Królewskich, Lass.
Barcelona dzieliła i rządziła na boisku. Bramka Sergio Ramosa z wątpliwego rzutu wolnego zapewne obudziła nadzieje kibiców Realu Madryt na korzystny wynik. Niestety, zaledwie minutę później nastąpił kontratak Barçy i Henry po raz kolejny tego wieczoru ośmieszył Sergio Ramosa i Casillasa. 4-2! Kiedy swojego drugiego gola w meczu zdobył Messi, wiadomo było, że Barcelona tego meczu przegrać nie może. A kiedy w 83 minucie po podaniu Samuela Eto'o obrońca Dumy Katalonii, Gerard Pique, ustalił wynik na 6-2, kibice Realu zaczęli masowo wychodzić ze stadionu.
Odwieczny wróg został upokorzony, jak nigdy przedtem. Wypowiedzi prezesa Realu Vicente Boludy o tym, że jego drużyna z pewnością wygra rozgrywki Primera División, stały się przedmiotem kpin. Król był tylko jeden - i była nim Barça.
Cztery dni później Barcelona walczyła o finał Ligi Mistrzów. Tym razem przyszło się jej zmierzyć z Chelsea. Spotkanie na Camp Nou zakończyło się bezbramkowym remisem, więc wszystko miało rozstrzygnąć się w Londynie, na stadionie Stamford Bridge. Jednak podopiecznym Guardioli długo się nie wiodło. Pierwsi stracili bramkę. Piękny gol Essiena z dystansu i 1-0. Do końca pierwszej połowy Barcelona grała słabo. Chelsea zamknęła się na własnej połowie i broniła wyniku. I to zgubiło piłkarzy Guusa Hiddinka. Kiedy mecz zbliżał się ku końcowi, a kibice w niebieskich koszulkach patrzyli w oczy norweskiemu sędziemu, już w doliczonym czasie gry Dani Alves popędził prawą stroną, zagrał piłkę w pole karne, Eto'o niedokładnie podał do Messiego, Messi do obecnego przed polem karnym Andresa Iniesty, po czym ten młody pomocnik reprezentacji Hiszpanii oddał pierwszy w meczu strzał na bramkę Petra Cecha. Pierwszy celny strzał Barçy. Piłka zatrzepotała w siatce. 1-1 i dzięki bramce strzelonej na wyjeździe to Barcelona cieszyła się ze zwycięstwa. A my - kibice, oglądający mecz w warszawskim lokalu, płakaliśmy z radości. Bo Barcelona miała dużo szczęścia. Bo arbiter miał prawo odgwizdać co najmniej jeden rzut karny dla Chelsea. Jednak w pierwszym meczu na Camp Nou niemiecki sędzia parokrotnie pomylił się na niekorzyść Barcelony. Więc krzyki i płacze jakże przeciętnego piłkarza z Wybrzeża Kości Słoniowej na niewiele się zdały.
13 maja Barcelona pokonała w finale Pucharu Hiszpanii Athletic Bilbao i zdobyła pierwsze w tym sezonie trofeum. Mecz ten oglądałem w jednym z barcelońskich barów, wraz z kilkoma polskimi kibicami. Nasz stolik był najgłośniejszy - bezbłędnie intonowaliśmy przyśpiewki po hiszpańsku i katalońsku, a obecni w barze Katalończycy nam wtórowali. Nie mogli uwierzyć, że jesteśmy z Polski! 'Jak to? A skąd umiecie te przyśpiewki?', pytał mnie 20 - letni Sergi. 'No cóż... u nas też jest internet', odpowiedziałem z rozbrajającą szczerością, po czym wszyscy ruszyliśmy na miasto, aby strumieniami katalońskiego wina musującego cava opić pierwsze trofuem naszej ukochanej drużyny. Widzieliśmy powiewające flagi, wiwatujące tłumy i ludzi kąpiących się w Font De Canaletes na słynnym deptaku La Rambla. Trzy dni później Barça miała już drugie trofeum - tym razem Mistrzostwo Ligi, więc po raz kolejny całe miasto szalało. A 27 maja na Stadio Olimpico w Rzymie Katalończycy pokonali Manchester United 2-0 i potrójna korona stała się faktem. Pierwsza w historii klubu i pierwsza w historii hiszpańskiej piłki.
W tym sezonie na Barcelonę nie było mocnych. 6 maja 2008 Josep Guardiola, legendarny piłkarz Barçy i reprezentacji Hiszpanii, został po raz trzeci ojcem. Tego samego dnia dowiedział się, że został wybrany przez zarząd do poprowadzenia drużyny do sukcesów. Drużyny, która od dwóch lat nie zdobyła żadnego trofeum. Niewielu wierzyło, że Guardiola, prowadzący uprzednio drużynę juniorów Barcelony, podoła temu wyzwaniu. Tymczasem trener zaprowadził w szatni nowe porządki: bez ogródek stwierdził, że nie widzi miejsca dla Ronaldinho, Deco i Eto'o. Dwaj pierwsi gwiazdorzy musieli opuścić Barcelonę. Samuel Eto'o w tym sezonie zdobył 30 bramek w lidze, a jego gol w finale Ligi Mistrzów walnie przyczynił się do zdobycia tego trofeum. Leo Messi w finale przyćmił Cristiano Ronaldo - zniewieściały Portugalczyk ograniczył się do symulowania fauli i strojenia min. Wrócił dawny Thierry Henry - mistrz Europy i świata. W środku pola dzielili i rządzili Xavi i Iniesta. Obroną dowodzili Puyol i Pique, a na bramki strzegł bacznie Valdes.
Chciałbym dożyć drugiego takiego sezonu. Oby było to możliwe.
niedziela, 21 czerwca 2009
Pierwszy wpis, czyli ogłoszenia parafialne
Witam Was bardzo serdecznie,
Do utworzenia bloga namówiła mnie pewna urocza osoba, moja serdeczna przyjaciółka, którą chciałbym z tego miejsca pozdrowić i podziękować (cieszę się, że jesteś A ;*). Z początku byłem niechętny (blogi 12 - latek o tym, jak jest im źle bo mają pryszcze, bo dostały lachę z majmy, poldona, bioli, gegry, - żal d... ściska), z czasem jednak przekonałem się do tej idei.
Na imię mam Michał, mam 24 lata, na co dzień jestem tłumaczem, studiuję zaocznie zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim. Pasje? Historia, polityka, lotnictwo cywilne, taniec, gotowanie... no i wielka miłość, FC Barcelona. Znaki szczególne? 204 cm wzrostu.
Dlaczego Michael Corleone? Ano dlatego, że 'Ojciec Chrzestny' to mój ulubiony film. A przynajmniej pierwsze dwie części Trylogii. Trzecia niestety była dla mnie niestrawna.
Pewien juror pewnego znanego programu rozrywkowego emitowanego przez stację będącą częścią jednego z największych polskich koncernów medialnych spytałby zapewne: 'co tańczysz?'. Usłyszałby 'hip-hop'. Chociaż raczej powiedziałbym 'uczę się tańczyć'. Zaawansowany wiek, wzrost, kontuzje kolan skutecznie utrudniają mi naukę.
Języki obce? Angielski, hiszpański, niemiecki, kataloński.
O czym będzie ten blog? O wszystkim i o niczym. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Nowa notka będzie pojawiać się co jakiś czas.
Do utworzenia bloga namówiła mnie pewna urocza osoba, moja serdeczna przyjaciółka, którą chciałbym z tego miejsca pozdrowić i podziękować (cieszę się, że jesteś A ;*). Z początku byłem niechętny (blogi 12 - latek o tym, jak jest im źle bo mają pryszcze, bo dostały lachę z majmy, poldona, bioli, gegry, - żal d... ściska), z czasem jednak przekonałem się do tej idei.
Na imię mam Michał, mam 24 lata, na co dzień jestem tłumaczem, studiuję zaocznie zarządzanie na Uniwersytecie Warszawskim. Pasje? Historia, polityka, lotnictwo cywilne, taniec, gotowanie... no i wielka miłość, FC Barcelona. Znaki szczególne? 204 cm wzrostu.
Dlaczego Michael Corleone? Ano dlatego, że 'Ojciec Chrzestny' to mój ulubiony film. A przynajmniej pierwsze dwie części Trylogii. Trzecia niestety była dla mnie niestrawna.
Pewien juror pewnego znanego programu rozrywkowego emitowanego przez stację będącą częścią jednego z największych polskich koncernów medialnych spytałby zapewne: 'co tańczysz?'. Usłyszałby 'hip-hop'. Chociaż raczej powiedziałbym 'uczę się tańczyć'. Zaawansowany wiek, wzrost, kontuzje kolan skutecznie utrudniają mi naukę.
Języki obce? Angielski, hiszpański, niemiecki, kataloński.
O czym będzie ten blog? O wszystkim i o niczym. Myślę, że każdy znajdzie tu coś dla siebie. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Nowa notka będzie pojawiać się co jakiś czas.
Subskrybuj:
Posty (Atom)